Pułapki nadopiekuńczości

Każdy rodzic chce uchronić swoje dziecko przed niebezpieczeństwem. Wszystkie zagrożenia świata, jeżeli byłaby tylko taka możliwość, najchętniej by wyeliminował. Żeby tylko naszemu maluszkowi, nie stała się krzywda. Niestety jako rodzice, bohaterowie naszych dzieci nie jesteśmy w stanie, uchronić ich, przed każdym napotkanym niebezpieczeństwem. Sama nadopiekuńczość jest bardziej niebezpieczna dla dziecka, jak zadrapanie czy potknięcie się. 

 

Chodź tutaj, zostaw to, nie ruszaj – krótka historia

Kiedy chodzimy na plac zabaw z moim synkiem. Często spotykam bardzo elegancką panią, która przychodzi ze swoją córeczką. Córeczka równie zadbana jak i jej mama. Nie mam zamiaru, krytykować tego w jaki sposób ubierają się na plac zabaw. Ja zdecydowanie preferuje ubranie sportowe a przynajmniej, luźniejsze, komfortowe. Nie o tym, jednak tutaj chcę napisać.

Córeczka nie pamiętam jak miała na imię. Chyba Marta. Była coś około wieku mojego synka – dwa latka. Co przykuło jednak moją uwagę do nich? Nie styl ubierania się ale to, że ta dziewczynka w żaden sposób nie mogła cieszyć się czasem spędzonym na placu zabaw. Wciąż słyszałam z ust jej mamy: “nie dotykaj, bo się pobrudzisz”,“możesz popatrzeć ale nie wchodź tam” (chodzi o piaskownice), “nie bawimy się tymi zabawkami, bo są brudne”. “Nie biegaj bo się przewrócisz, może usiądź ze mną na ławce?”, “Wracamy już do domku? Chyba wystarczy na dzisiaj?”.

Jeżeli byłoby to jednorazowe spotkanie pomyślałabym, że może wyjątkowo mama na wszystko nie pozwala, o akurat są tak ubrane i gdzieś jeszcze idą na odwiedziny. Natomiast miałam to szczęście albo może nieszczęście, że prawie za każdym razem, kiedy ja byłam na placu zabaw, oni również. Nie potrafię zrozumieć tego czy tu chodzi o ubiór, żeby faktycznie ubrania się nie zniszczyły. Przecież jest na to rozwiązanie. Wystarczy założyć coś “gorszego” bardziej domowego. Z drugiej strony, jeżeli za każdym razem przychodziły w stylowym, markowym ubraniu. To chyba nie jest problemem, żeby kupić nowe ubranka, jeśli te zniszczą się podczas zabawy. To nie jest niestety, jedyny przypadek jaki spotkałam.

Rodzica zachowującego się w ten właśnie sposób. NIE RUSZAJ, ZOSTAW, NIE BIEGAJ, POBRUDZISZ SIĘ.

Jak więc dziecko ma poznawać świat? 

W jaki sposób ma dziecko doświadczać? Eksplorować? Uczyć się nowych rzeczy. Nabywać nowych umiejętności. Poznawać struktury. Jeżeli nic mu nie jest WOLNO. Dziecko musi się pobrudzić, przewrócić, zadrapać. To jest niezbędne, żeby poznał swoje ciało, możliwości, konsekwencje tego co może się wydarzyć. To, że będziemy mówić dziecku: “Uważaj bo gorące”,“Nie dotykaj bo się poparzysz”. Dziecko przecież nie ma pojęcia co do niego rodzic mówi. Jeżeli nigdy wcześniej, tego nie doświadczył. 

Nie chodzi jednak o to, że dziecko musi wszystkiego doświadczyć, żeby wszystkiego nauczył się. Jednak musimy wytłumaczyć mu słowa, jakie chcemy mu właściwie przekazać. 

Możemy dla przykładu zrobić gorącą herbatę i przyłożyć powoli jego dłoń do naszego kubka. W taki sposób, żeby miał możliwość poczuć to. Coraz większe ciepło, które faktycznie może sprawić mu ból. To logiczne, że jak czegoś doświadczy to pozna nasze słowo “poparzysz się”. Można mu pokazać, czym jeszcze może się poparzyć. Zrobić podobny eksperyment zapalając świeczkę. 

To, że pozna to słowo przez doświadczenie. Nie oznacza jednak, że nigdy więcej nie oparzy się, bo doświadczył już tego bólu. Mi do dziś zdarza się czymś oparzyć a jestem po trzydziestce. Będzie jednak bardziej świadomy tego, przed czym chcemy go uchronić. 

Samodzielne doświadczenie to jest najlepsza nauka dla dziecka.

Zasada: Sprawdzić, poczuć, zapamiętać. Nie zawsze jednak dziecko nauczy się za pierwszym razem. Czasami dziecko potrzebuje wiele razy się przewrócić, wiele razy potknąć czy też właśnie poparzyć się. Po to by stał się bardziej uważny. W końcu nauczy się  albo i też nie. Trzeba jednak dać mu tą możliwość.

Same słowa: zostaw, uważaj, nie ruszaj nie wystarczą

A niech się brudzą! – Warto przeczytać

Co dziecko słyszy? 

Jeżeli wciąż powtarzamy: Zostaw to, nie ruszaj tego, daj ja to zrobię, nie biegaj. Dziecko słyszy od nas: Nie dam rady, nie potrafię, nie zrobię tego, nie jestem wystarczająco dobry. 

Poprzez naszą nadopiekuńczość, przestaje wierzyć we własne siły, swoje możliwości. Zamiast być odważny, otwarty na nowe doświadczenia, woli pozostać biernym obserwatorem. Gaśnie w nim zainteresowanie do nowości,eksperymentowania. Wręcz jest przerażony zmianami jakie występują w jego życiu. Obawia się, że sam nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. 

Czy faktycznie chcemy, żeby takie cechy wykształciły się u naszego dziecka? Chcemy już od samego początku odebrać mu skrzydełka, żeby się nie rozwinęły? 

Pozwólmy dzieciom uczyć się naprawdę – doświadczać, potykać się i wstawać.

 

“Jeżeli nie pozwolimy dzieciom upaść, nigdy nie nauczą się jak powstać” 

Drogi rodzicu jak bardzo starałbyś się, nie ma takiej możliwości, żebyśmy byli w stanie uchronić dziecko, przed każdym niebezpieczeństwem. Zagrożenia są praktycznie wszędzie. Zaufajmy naszym dzieciom. Bądźmy przy nich. Chrońmy ale z rozsądkiem.

„Troska polega na robieniu dla innych tego, czego sami nie mogą zrobić. Nadopiekuńczość to robienie za innych tego, co mogą i powinni sami zrobić.” – Autor nieznany

 

Miłość nadopiekuńcza rodziców

Okazując miłość nadopiekuńczą chcemy wyeliminować wszystkie przeszkody jakie stają dziecku na drodze. Jaki jest główny motyw takiego postępowania? Nie chcemy się do tego przyznać przed samym sobą ale jest to: brak zaufania do dziecka i niewiara w jego siły, możliwości.

Pokonywanie trudności, wszelkich przeszkód w życiu codziennym – rozwija nas. W ten sposób potrafimy zweryfikować czy potrafimy sobie z czymś poradzić albo może musimy jeszcze nad czymś popracować. Jeżeli te przeszkody są wciąż usuwane, to nie mamy możliwości na taką weryfikację. Usuwanie przeszkód działa na nas demobilizująco. Nie tylko zniechęca nas do podejmowania działań ale przyczynia się do zmniejszenia naszego poczucia wartości.

Jeżeli ty jako dorosły, masz zamiar zaangażować się w jakiś projekt. Dzielisz się  tą wiadomością – dla przykładu – z mężem. On na następny dzień, proponuje Ci podobną ofertę działania u siebie w pracy. Zaczynasz się zastanawiać. Dlaczego Ci to teraz zaproponował, a nie wcześniej? Myśli, że sobie nie poradzę? Obawia się mojej porażki? Nie wierzy w moje możliwości? Dlaczego odsuwa mnie od tego działania? Może faktycznie brakuje mi kompetencji i powinnam odpuścić. 

Tak samo jest z dziećmi. To, że są małymi istotami, nie znaczy, że powinniśmy je z wszystkiego wyręczać. Poradzą sobie na swój sposób. Nauczą się pewnych umiejętności z czasem. Tak samo jak nauczyły się chodzić. Ile razy się przewróciły, żeby zrobić pierwszy krok? Czy się poddały? Nie! Zaczęły chodzić a nawet biegać. Aby dzieci mogły uczyć się coraz większej  samodzielności, konsekwencji działania. Potrzebują odpowiedniego marginesu wolności. Zbytnia osłona jest krzywdząca. Nie pozwólmy na to, żeby dziecko czuło się słabe, bezsilne, bezradne. Pomimo, że jest to dla nas czasem trudne.

Stwarzajmy dzieciom takie warunki, żeby wyrosły im skrzydła, gdy będą opuszczać gniazdo rodzinne. Skrzydła, które będą tak silne, że kiedy zawieje silny wiatr, one wciąż będą frunąć. Skrzydła, tak mocne, że będą w stanie pokonać tysiące kilometrów. Skrzydła tak trwałe, że nikt ani nic, nie będzie w stanie ich złamać. Zaufaj dziecku. Okazuj troskę. Zapewniaj bezpieczeństwo. Nie wpadaj w pułapkę nadopiekuńczości. 

„Niech dzieci będą wolne. Zachęcaj ich do biegania na zewnątrz, gdy pada deszcz. Niech zdejmą buty, gdy znajdą kałużę wody. A gdy trawa łąk będzie mokra od rosy, niech biegną po niej i depczą ją bosymi stopami. Niech odpoczywają spokojnie, gdy drzewo zaprasza ich do spania w swoim cieniu. Niech krzyczą i śmieją się, gdy słońce obudzi ich rano.”Maria Montessori